TEORIA POCHODZENIA

Teorię normandzkiego pochodzenia szlachty polskiej rzucił Szajnocha na romantyczne tło: wspaniałego obrazu północno- lechickiego „towarzystwa” rycerskiego. Pogańsko-wojenne ży­cie Północy mieniło się wszystkimi barwami romantycznego prymitywu. Książka Szajnochy przyniosła rzadkiej piękności wizję północnego średniowiecza. Słowo „wizja” jest tutaj jak najbardziej na miejscu. Przytoczyłam już literackie powody takiego nazwania. A oto opinia historyka: „Teoria normańska Szajnochy jest prawdziwym arcydziełem literackim pod wzglę­dem nagromadzenia szczegółów, wyszukania podobieństw, a szczególnie pod względem dialektyki. Dowody są olśniewają­ce; widać, że Szajnocha był w stanie dowieść wszystkiego, czego by zapragnął. Prócz tego, książkę pełną gruntownej eru­dycji napisał stylem tak przyjemnym, że się czyta jak po­wieść. Dzieło to zasługuje na krytyczną odpowiedź; byłaby to wyborna wprawa ścisłości dla historiografii polskiej. Ale patrząc bliżej na logiczny układ dowodów nie można się nadzi­wić dowolności bez granic i fantazji bez hamulca.”. 

ZASOBY WYOBRAŹNI

Tam, gdzie Szajnosze brakowało dowodów, a zdarzało mu się to dość często, umiał uruchomić zasoby wyobraźni, wspie­rając się pomocą literackich i instytucjonalnych tworów „imaginacji północnej”. W ten sposób poetycko odtworzył rozmaite wydarzenia z przeszłości. Oto np. geneza towarzystw północ­nych: „spotykał się w śnieżnych pustkowiach samotny rycerz z rycerzem, i podawał jeden drugiemu rękę do zawarcia bra­terstwa” (24). Albo takie obrazowe określenie: „była Skandy­nawia w istocie jakoby jedną wielką bramą rojów rycerskich, z której raz po raz w różnych kierunkach świata wypadają zbrojne tłuszcze zdobywców” (66—67). Albo też wyobrażenia Szajnochy o życiu rodzinnym i społecznym normańskich arcy- -piratów: „Tylko jeden z braci z tą albo ową siostrą pozosta­wał na zagrodzie ubogiej — stary ojciec, spoczywający po tru­dach korsarz, a syt wypoczynku i zgrzybiałości, rzucał się z «rodowego przylądku* w morze — matka szła dobrowolną śmiercią za ojcem, wygnana zaś drużyna plądrowała tymcza­sem po dalekim gdzieś świecie. Dopiero pod wieczór kilkumie­sięcznego dnia polarnego, ze ściętym mrozami morzem, stawały zgraje korsarskie znowuż u domowych niekiedy progów, za­grzać się przy ognisku zimowym” (285—286). Widać tu bardzo wyraźnie, z jakim rozmachem budował Szajnocha „jednostki fabularne” swej historycznej narracji i jak — romantycznej proweniencji — zachwyt dla pierwotności dodawał kolorytu dosadnym malowidłom barbarzyńskich wielkoludów.

DUMA NARODOWA

Szajnocha postanowił dostarczyć dowodów przypuszczeniom Czackiego. Wedle niego „lachy” — „Lachowie” to północnonormańskie towarzystwa rycerskie, które zniewoliły Słowian i założyły państwo polskie, „nasze lechickie księstwo nad Wartą” (108). Zniewoleni Słowianie (stąd wywodzi się Slavus — sclavus) nienawidzili swoich zaborców. I oto próba zmiany baśni w hi­storię: „Za czasów ostatniego Popiela doszła ta nienawiść do najwyższego stopnia i dopomogła niemało do zgubnej Lechitom katastrofy, prowadzącej za sobą upadek władzy Lachów normańskich, a wzniesienie się słowiańskiej dynastii Piastów” (150—151). Rzecz zrozumiała, że Szajnocha podobnie spójnie i konsekwentnie poobjaśniał legendy Kraka i Wandy.Podkreślał zresztą w swym dziele, że polska duma narodo­wa nie może cierpieć z powodu przydanych niespodziewanie polskiemu pochodzeniu koneksji normańsko-lechickich. Nor­manów — śladem innych historiografów romantycznych — cenił bardzo wysoko i przypisywał im liczne zalety, zwłaszcza niebywałego wojennego heroizmu. Pisał nawet i tak: „Owe średniowieczne zwyczaje dalekich wypraw wojennych, dale­kich wędrówek religijnych, coraz tłumniejszych pielgrzymek zbrojnych, krucjat do Ziemi św., szwalerii błędnej, nawet wie­le urządzeń feudalnych — wszystko to upowszechniło się w Europie głównie za wpływem Normanów” (71). W ten sposób okazywało się, że przodkowie Polaków właściwie stworzyli średniowiecze. O niczym innym nie marzyli nasi romantycy!

ROMANTYCZNE DĄŻENIA

Romantyczne dą­żenie do wniknięcia w autentyczny koloryt lokalny kazało od­rzucać pokusy zbyt już natrętnej modernizacji, a odtworzenie wewnętrznego życia epoki wymagało romantycznej wrażliwo­ści. Właśnie „trzecim okiem” — okiem imaginacji i czucia usi­łował Szajnocha przeniknąć zagadkę przeszłości polskiej i dać na nią odpowiedź.Zagadka ta zresztą również miała romantyczny charakter — w tym sensie, że uświadomili ją przede wszystkim romantycz­ni historiografowie i poeci (m.in. Słowacki w Lilii Wenedzie pod wpływem drukowanych Pierwotnych dziejów Polski F.H. Lewestama z r. 1841). Chodziło o osobliwą jakby „dwu- plemienność” narodu polskiego, składającego się z tak wyraź­nie od siebie odgraniczonych warstw — szlachty i ludu. Pod wpływem modnych w romantyzmie teorii najazdu i podboju postawiono hipotezę, że owa „dwuszczepowość” wynikła z fak­tu, iż jacyś obcy (szlachta) podbili słowiańską ludność miejsco­wą (lud) i dopiero po dłuższym czasie doszło do połączenia tych warstw w jeden naród. Lewestam „obcych” upatrywał w Celtach, Szajnocha — podobnie jak kiedyś Mochnacki — zawierzył Czackiemu, który zwrócił się w „stronę północną” i utrzymywał, „iż ledwie nie wszystkie prawa i urządzenia na­sze przyszły nam z północy skandynawskiej” (4).

TWÓRCY ŚREDNIOWIECZA

Upadek powstania zmienił literaturę i na inną płaszczyznę przeniósł spory estetyczne. Była już mowa o tym, do jakich celów zużytkował np. Mickiewicz wizję średniowiecza w okre­sie mesjanizmu. Ale w tym momencie rozważań coś innego wydaje mi się najbardziej interesujące. Otóż projekt Moch­nackiego z r. 1825 (zarzucony zresztą szybko przez autora) zy­skał jednak doskonałe spełnienie historiozoficzne i literackie. Energia romantyzmu polskiego skierowana ku średniowiecz­nej Północy bynajmniej się nie wyczerpała. U schyłku epoki, bo w r. 1858, ukazało się dzieło Karola Szajnochy pt. Lechicki początek Polski. Powstało ono z natchnienia historiografii ro­mantycznej; wystarczy przypomnieć, że Szajnocha wzorował się na pisarstwie historycznym Micheleta i Thierry’ego (Hi- stoire de la conąuete de l’Angleterre par les Normands). Ale również literatura była dla niego bezpośrednim źródłem inspi­racji. Nie tylko sam pisywał utwory literackie, lecz i histo­rię chciał po literacku opowiadać.W Lechickim po­czątku Polski charakteryzując w poetycko-wizyjny sposób ży­cie „arcy-piratów”, jak nazwał północnych Normanów, wyznał wprost: „Wszystko razem wydawało stan osobliwszy, okropny, do którego zrozumienia dopomoże prędzej twórcza imaginacja poety niż chłodna dobroduszność największej erudycji, widzą­cej wszystko w świetle chwili obecnej” (285).

MITOLOGIA SKANDYNAWSKA

Jeszcze przed r. 1830 Brodziński zaatakował program Moch­nackiego z 1825 r. Zjadliwie wypominał mitologię skandynaw­ską wśród właściwych źródeł literatury polskiej. „Kiedy nie­mieccy poeci już dawno zarzucili te tak miłe ojców swych bogi, które z czaszek ludzkich krew piją, niechże im dobrzy Słowianie cześć złożą, a ich poeci, niezawodnie oryginalni, tam się natchną szlachetnymi uczuciami rozbójników na morzu i ziemi.”  Oczywiście mitologia skandynawska wydawała się Brodziń­skiemu zbyt okrutna, jak na łagodną, idylliczną naturę Pola­ków.” Z ironiczną odrazą przytaczał przy tym obraz, który zresztą, jak wiadomo, powstał wskutek pomyłki Malleta-tłu- macza — bogów pijących krew z czaszek ludzkich. Roman­tyków szykujących się do „wstrząśnienia” nie tylko literackie­go, lecz politycznego — do powstania narodowego — te okrop­ności bynajmniej nie przerażały.